Kanada: Emigrancki los

Droga do tzw. sukcesu nigdy i nigdzie nie jest prosta. Szczególnie w środowiskach, gdzie się odstaje od otoczenia w obojętnie jaki sposób. Kwalifikacje akademickie to dużo, ale zdecydowanie nie wszystko. Trzeba jeszcze dużo samozaparcia i cierpliwości, żeby dojść do wytyczonego sobie celu. Kolejne kłody, rzucane pod nogi "obcemu" na rynku pracy, można tłumaczyć sobie (i innym) dyskryminacją, rasizmem, czy jakimkolwiek innym traktowaniem, ale czy to pomoże w dojściu do stanowiska na jakim sami siebie widzimy?

Moja emigracyjna historia wygląda w dużym skrócie tak: w Polsce, dzięki własnemu wysiłkowi byłem, jak to mówią niektórzy, "kimś" na tyle, na ile się dało, będąc bezpartyjnym obywatelem w państwie "socjalistycznym". Należałem nawet do dwóch oenzetowskich organizacji, ale zawsze byli inni, lepsi ode mnie, w czym zresztą nie było nic dziwnego. Wiadomo - tak było... i tak jest wszędzie.

Kanada przyjęła mnie normalnie - jak obcego. O pracę w moim zawodzie było ciężko, o czym wiedziałem, bo mówiono mi to w ambasadzie kanadyjskiej jeszcze przed wjazdem. Zasiłku też nie mogłem dostać, bo byłem za nowy i nie liczyło się nawet czy mam dzieci na utrzymaniu, czy nie.

Niezwykle szczęśliwym zrządzeniem losu, dostałem w tym czasie z ONZ propozycję dwuletniego kontraktu na Cyprze, który bez wahania przyjąłem. Po powrocie jednak poszukiwanie pracy trwało tak długo, że wylądowałem jednak na zasiłku dla bezrobotnych. Teraz już bylem tu wystarczająco długo, żeby się kwalifikować do kasy państwowej, acz chodzenie od biura do biura w poszukiwaniu pracy było dalej moją codziennością przez następnych kilkanaście miesięcy. Desperacko próbowałem wyprosić w urzędach, które mi wypłacały zasiłek na utrzymanie rodziny, jakieś kursy, dzięki którym mógłbym się lepiej dopasować do rynku pracy, ale mi odmawiano, twierdząc, że mam za wysokie kwalifikacje, żeby je teraz zmieniać.

W końcu mój nieco wymuszony upór dał rezultaty i dostałem pracę - na szczeblu federalnym, ale... po sześciu miesiącach ja straciłem. Powód - brak obywatelstwa, którego mi nie przyznała prowincjonalna instancja sądu w Quebec mimo, iż się kwalifikowałem, aby to obywatelstwo otrzymać. Mógłbym to różnie interpretować, ale zamiast złorzeczyć i wygrażać społeczeństwu kanadyjskiemu lub jego poszczególnym przedstawicielom, złożyłem odwołanie do sądu federalnego, który po dalszych dwunastu zasiłkowych miesiącach uchylił decyzję sądu prowincjonalnego, dopatrując się poważnych uchybień proceduralnych. Zaraz potem dostałem ofertę z Winnipegu, która znów bez wahania przyjąłem (kto by nie przyjął) i voila - po piętnastu latach pracy w federalnej firmie, w której też niejednokrotnie musiałem się "bić o swoje" (samo życie), przejdę na zasłużoną państwową emeryturę i zamierzam dalej być człowiekiem szczęśliwym i korzystać z życia najlepiej jak się da, czego i wszystkim emigrantom życzę.

Dodam jeszcze na koniec, że jest to bardzo generalny zarys mojej "walki o byt". Obfitowała ona w znacznie większą ilość potyczek z, mającymi poszufladkowane według przepisów życie, miejscowymi "czynnikami". Bez tego nie doprowadziłbym moich planów do jakościowo satysfakcjonującego końca. Zawsze jednak wiedziałem czego chcę i potrafiłem, czy może miałem szczęście, znaleźć kogoś, kto mi pomógł w dojściu do celu. W obliczu trudności człowiek ma zawsze dwa wyjścia: pokonać je albo się poddać...

Bolesław Łucki, 13 sierpnia 2008 r.

boleslawlucki.com .

boleslawlucki.com/forum .

Na zdjęciu: Uff jak gorąco; niedźwiedzie zażywają kąpieli. (PAP/Fot. Tomasz Gzell)

[powrót]
2000 © copyright PAP wszelkie prawa zastrzeżone
e-mail: polonia_dla_polonii@pap.com.pl.